[tu wstaw tytuł]

Still Alive

z 3 uwagami

Powyżej wyjaśnienie tego, co działo się z blogiem przez ostatnie kilka miesięcy. Żarcik. A tak naprawdę po prostu chciałem tu wrzucić ten obrazek, który z niezrozumiałych przyczyn uważam za coś niezwykle zabawnego, ale to nieistotne. Blogowanie, jak zauważył u siebie Vodh, wymaga systematyczności. Jako osoba niezwykle systematyczna i uporządkowana, jestem w stanie podołać publikowaniu jednej notki na miesiąc – powiedzmy więc, że poprzednia notka była notką sierpniową, a teraz – wrzesień!

Whatever Meme #tysiąc pięćset sto dziewięćset – Serial, Który Ostatnio Zrobił Na Tobie Ogromne Wrażenie I Który Koniecznie Chcesz Komuś Polecić

Jesień za oknem, na dniach zaczną pojawiać się pierwsze odcinki nowych serii anime, a jak zauważyła na swoim blogu Crofesima, sezon serialowy w amerykańskiej TV zaczął się na dobre już we wrześniu. Dexter jest smutną pandą, choć nie potrafi tego wyrażać i snuje się bez celu w odcinku, którego tytuł powinien brzmieć „Wielkie Nic”, w szpitalu Princeton-Plainsboro panuje sielankowa atmosfera, bo House w końcu jest szczęśliwy (to takie… nienaturalne). Tymczasem w Atlantic City…

…mamy rok 1920, styczeń. Wieczór na dzień przed wejściem w życie osiemnastej poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczyonych, czyli początek okresu, który lepiej kojarzymy pod nazwą: prohibicja. Panowie w garniakach, nielegalny alkohol, Tommy gun, Al Capone, te sprawy. To wszystko jeszcze przed nami, na razie jedni cieszą się ostatnim wieczorem, podczas którego mogą się legalnie nabzdryngolić, inni nieco mniej hucznie świętują przepędzenie ze Stanów szatana zwanego wódką. A Nucky Thompson liczy kasę.

Boardwalk Empire to absolutnie rewelacyjny nowy serial HBO, w tworzeniu którego brał udział m.in. Martin Scorsese. Ogromny plus miał u mnie na starcie już za samą tematykę – gangsterka zawsze jest świetnym materiałem na film – ale nawet jeśli ktoś nie jest fanem tych klimatów, powinien docenić poziom wykonania, scenariusz i aktorstwo. Choć jeśli chodzi o to ostatnie, to na razie mamy do czynienia z teatrem jednego aktora – Steve Buscemi, grający skorumpowanego skarbnika Enocha „Nucky’ego” Thompsona, zdominował ten serial tak, jak Glen Close Damages. Uściślijmy – „skorumpowany skarbnik” brzmi trochę jak urzędniczyna przyjmujący koperty za drobne usługi. Nie, to zdecydowanie nie to. Nucky to w zasadzie król Atlantic City, człowiek trzymający w garści radnych, policję i ciągnący zyski z każdego lewego interesu w mieście. Jak sam mówi w drugim odcinku (powiedzmy że cytat wyjęty z kontekstu to nie spoiler) – możesz zostać gangsterem, to twój wybór. Ale jeśli chcesz to robić tutaj, musisz zapłacić mi za ten przywilej.

Jak na serial o przestępczości zorganizowanej przystało, nie brakuje przemocy, seksu i zdeprawowanych bohaterów – na przykład młody Capone, po którym zdecydowanie nie widać, że kiedyś stanie się jednym z najsłynniejszych gangsterów w historii. W tym momencie oprócz Nucky’ego pierwszoplanową rolę gra jeden z jego ludzi, młody, ambitny weteran, w tle przewija się jeszcze agent federalny, który zapewne odegra istotną rolę w późniejszych wydarzeniach. Nie będę się dalej rozpisywał, morał notki jest prosty – koniecznie ściągnijcie i zobaczcie pierwszy odcinek, rewelacja.

Nawiasem mówiąc, skoro już o serialach piszę, z tych nowych zerknąłem jeszcze na pierwsze odcinki nowiusieńkiej Nikity. Całkiem zabawne. Oprócz seksownej zabójczyni serial ma jedną istotną zaletę – pana, który jest moe. On mnie po prostu rozbraja. Fabuła odcinka wygląda mniej więcej tak: zła Sekcja ma nowe zadanie, jedzie je wykonać, wpada Nikita i coś psuje, Nikita ucieka przed Sekcją, pif-paf, łubu-dubu, trzask-prask, łup-cup. Jebut. Natomiast podlinkowany pan ma w tym wszystkim dość niewdzięczną rolę – robi za nadzorcę kolejnych Operacji Fail, jest też tym, który daje uciec Nikicie. Do tego troszczy się o swoich zabójców i bez przerwy próbuje zrobić Groźną Minę. Awww. Aż chce się go przytulić i powiedzieć: „nie martw się, jutro na pewno uda ci się kogoś zabić!”.

P.S. Whatever meme to oczywiście żart, ale nikt nie broni wam napisać w komentarzach o jakimś innym Serialu, Który Ostatnio (…). Przy okazji zmieniłem motyw na taki, który wkurza mnie trochę mniej, niż ten poprzedni. Jakby ktoś nie zauważył.

P.P.S. House jest zdecydowanie zabawniejszy z polskimi napisami. Zwłaszcza takimi, w których ktoś celowo lub z głupoty pomylił się przy tłumaczeniu nazwy istotnego organu, w wyniku czego pacjentka jest bliska zejścia z powodu ostrej niewydolności żebra.

Written by JJ

Wrzesień 30, 2010 at 3:04 pm

Dream a little dream of me…

z 7 uwagami

Sweet dreams till sunbeams find you
Sweet dreams that leave all worries behind you
But in your dreams whatever they be
Dream a little dream of me

Cholernie brakowało mi tej piosenki w filmie Nolana, choćby podczas napisów końcowych. Albo jakiejś sceny z Mal. Pasowałaby, nie? Tak, notka będzie o Incepcji. Nastawiałem się na niezbyt fascynujący film akcji, na który będę mógł sobie ponarzekać, ponieważ jestem zajebisty i nie lubię popularnych hiciorów, ale po dwóch seansach dochodzę do wniosku, że właściwie nie ma na co – można się co najwyżej czepiać (nie żebym nie lubił tego robić) drobnych pierdółek, które w żaden sposób nie pomniejszają przyjemności płynącej z oglądania. O Incepcji pisać można wiele – od zwykłego recenzowania poczynając, na dziurach i dziurkach (w większości pozornych) w fabule i wydumanych nadinterpretacjach, w myśl których pierwsze 13 minut 56 sekund filmu jest snem matki wujka ciotki Arthura kończąc. Ale jest jedna rzecz, która fascynuje wszystkich – ze mną włącznie – i co do której zmieniłem zdanie po drugim obejrzeniu filmu. Czy Incepcja to dobry film o snach? Wiele osób (nie wyłączając mnie) narzekało na to, jak realistyczny i pozbawiony radośnie popieprzonych motywów jest film Nolana. Fani odpowiadają z grubej rury, waląc między oczy standardowym „nie znasz się, nie zrozumiałeś” – oczywiście zarzut w większości przypadków pozbawiony sensu, bo znacząca część narzekających pojmuje mimo wszystko koncepcję i fakt, że sny miały wyglądać tak, a nie inaczej. Taki był zamysł, jasne, ale skoro to film o snach, to przecież nie trzeba było krępować wyobraźni takimi zasadami i można go było zrobić lepiej.

No właśnie – można było?

Z pewnością niejedna osoba napisała w internecie, że chciałaby zobaczyć więcej akcji w stylu miasta składającego się w sandwicz – sam mógłbym to napisać, gdybym w pewnym momencie nie dokonał istotnego spostrzeżenia. Takie rzeczy nie zdarzają się w snach, przynajmniej moich.

W zasadzie poruszam się teraz po temacie, na którym się nie znam, o którym wiele nie czytałem, no, może coś Freuda, ale on wszędzie widział metaforyczne penisy, więc lepiej się tym nie sugerować. Powiedzmy zatem, że dalszy ciąg opiera się wyłącznie na moich doświadczeniach, w najgorszym przypadku wyciągniemy z tego wniosek, że jestem jakiś dziwny. W każdym razie spośród dzieł z którymi miałem styczność specyfikę snu najlepiej oddają chyba powieści Kafki – Proces i Zamek – zwłaszcza ta druga, pozbawiona zakończenia, bo w końcu sny często urywają się w zupełnie nieodpowiednim momencie. Jakoś nie przypominam sobie, żeby Kafka pisał coś o składających się miastach, wyrastających znikąd mostach, magicznych lustrach czy czymkolwiek w stylu tego, co w filmie Nolana posłużyło jako pokazówka możliwości architektów snów. Dziwaczna była Przemiana, opowiadanie o facecie, który został insektem, ale tam, dla odmiany, sennej atmosfery nie poczułem. Dlaczego?

Zastanawiając się nad tym dochodzę do smutnego wniosku, że sny nie są jednak tak efektowne, jak chcielibyśmy, żeby były. Fakt, że bywają popieprzone, im bardziej, tym łatwiej i na dłużej się je zapamiętuje. Ale to tylko część z nich, i to na dodatek część, którą moim skromnym zdaniem najtrudniej byłoby przenieść do filmu. Mam wręcz wrażenie, że gdyby Nolan sięgnął akurat po ten rodzaj i zechciał uczynić Incepcję bardziej pokręconą, wyszłoby fake and gay. Na szczęście istnieje też inny typ snów – może niekoniecznie realistycznych, ale zawierających zdecydowanie mniej dziwacznych i szalonych elementów. Takie, w których pojawiają się znane nam miejsca, znane osoby i prawie wszystko jest na miejscu… Poza tym dziwnym uczuciem, że coś tu nie gra.

Na przykład wzywają cię na proces, nawet nie informując, o co jesteś oskarżony.

Albo nieznajomy facet w barze mówi ci, że jesteś we śnie i grozi ci niebezpieczeństwo.

Z pewnością każdy z nas miał wiele snów w niczym nie przypominających tego, co pokazano w Incepcji, ale z drugiej strony nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zdarzyło mi się co najmniej kilka takich, które pod wieloma względami były bardzo podobne do filmu Nolana. Pomijam tu pierwszy poziom, porwanie, te sprawy – w końcu obiekt miał być przekonany, że to rzeczywistość. To, co dzieje się na poziomie drugim, przynajmniej dla Fischera nie jest już w żaden sposób „realistyczne i poukładane”. Rozmawia z losową babką w barze, nagle pojawia się facet, który mignął mu na kilka sekund w samolocie i zaczyna przekonywać, że jest szefem ochrony jego podświadomości. Zaciąga go do kibla, zabija tam dwóch facetów. Co, do cholery, się dzieje? Dla mnie to typowo „senna”, absurdalna sytuacja. Dalej, poziom trzeci – kilkadziesiąt minut wspinaczki i walki z narciarzami po to, żeby zrozumieć uczucia swojego staruszka… Wcześniej można było zarzucić filmowi coś, co w snach byłoby bardzo dziwne – konkretne powiązanie między celem „misji”, a tym, co trzeba zrobić, żeby go osiągnąć.

Wrażenie, że Incepcja jest zbyt logiczna i niewystarczająco pokręcona wynika w dużej mierze z tego, że historię obserwujemy z perspektywy zawodowych reżyserów snu. Perspektywa śniącego to już zupełnie inna bajka. Dla niego sytuacja zdecydowanie poukładana nie jest, a po przebudzeniu doszedł zapewne do wniosku, że cała ta akcja to prawdopodobnie najdziwniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek wyśnił. Dla porównania to, co odstawia Ariadne zapoznając się z możliwościami architekta moim zdaniem zdecydowanie bardziej nadawałoby się do filmu o magii czy wirtualnej rzeczywistości. Okej, kanapka z kamienic wygląda fajnie, ale w snach nigdy nie widziałem czegoś podobnego – tam uczucie dziwaczności i surrealizmu powodują raczej sytuacje (jak u Kafki), niż krajobrazy. Często mówi się o czymś takim, jak krajobraz jak ze snu, ale ja widocznie mam ubogą wyobraźnie, bo częściej niż w snach widuje coś takiego w przeróżnych onirycznych dziełach. Krajobraz ze snu to dla mnie z reguły losowe realistyczne budynki, albo – najczęściej – miejsca, które dobrze znam z rzeczywistości. Dom, szkoła, uczelnia. Cokolwiek.

Jest jednak jedna rzecz, która nie podoba mi się w tych poukładanych snach z Incepcji i rzeczywiście pozwala oskarżyć bohaterów – a przynajmniej Fischera – o ubogą wyobraźnię/podświadomość. Czy ten człowiek nie czyta książek? Rozumiem, że jest zapracowanym biznesmenem, ale nie ogląda filmów, seriali? Fikcja to świetne tworzywo dla snów,  bardzo chętnie wcina się nieproszona między rzeczywistych ludzi i miejsca. Czasem po Wrocławiu grasuje Godzilla, czasem zostaje się trenerem pokemonów. Zadziwia mnie to, że z umysłu Fischera wychodzą tylko traumy i angsty związane z ojcem – owszem, dopiero co go pogrzebał, więc ma to sporo sensu. Z drugiej stron, wystarczyłoby wspomnieć na przykład, że lubi filmy o Jamesie Bondzie i dlatego poziom trzeci wygląda, jak wygląda. Czy coś.

Brakuje mi fajnej puenty dla tej notki. Można zadać przewrotnie pytanie, czy gdyby reżyser bardziej poszedł w surrealizm/oniryzm, film rzeczywiście byłby bliższy atmosferze prawdziwego snu. Może tak, może nie, w każdym razie z pewnością nie zgrałoby się to z konwencją niesamowitego skoku/przekrętu i nijak nie pasowałoby do bohaterów, którzy traktują tę całą zabawę ze śnieniem jak profesjonaliści. Podsumowując – po odrobinie zastanowienia stwierdzam, że Incepcja mimo wszystko całkiem nieźle oddaje klimat pewnego rodzaju snów. I tyle.

Oczywiście myśl, że wszystkie sny powinny być równie pokręcone co obrazy malarzy surrealistów, też wydaje mi się fascynująca i ciekawa. Ale z drugiej strony nigdy w życiu nie śniłem o rozpuszczających się zegarkach…

______________________

PS. Dark Knight jest przereklamowany.

PS2. Czy powinienem się martwić gołym gejem w zapytaniach? O_o

Written by JJ

Wrzesień 2, 2010 at 12:09 pm

Robin

Skomentuj »

Och Crof, moje ty natchnienie. Ostatnio zupełnie zapomniałem o blogu i zamieszczaniu nowych notek, tematów ciekawych zresztą brakowało. Ale skoro już wybrałem się do kina na nowego Robina, to mogę o nim to i owo napisać.

Robin Hood to film Ridleya Scotta, reżysera Gladiatora, z Russelem, czyli tytułowym Gladiatorem, na plakatach i trailerach wyglądający trochę jak Gladiator 1.5. Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś słabego. Ale pierwsza połowa jest naprawdę niezła.

Sceny bitewne na początku nie rażą przegiętym efekciarstwem – jest realistycznie, czyli dużo błota, brudu i smrodu, zero epickich akcji typu bohater vs. cała armia. W końcówce to się zmieni, ale o tym na razie sza. Poznajemy Robina – gość jest  prostym, acz znającym się na swojej robocie łucznikiem, strzelającym do ludków na murach zamków szturmowanych przez Ryszarda Lwie Serce. Tak na marginesie, Rysiu to poczciwy i w sumie niezbyt królewski pan, który lubi popisać się walecznością podczas szturmu. Nie trzeba chyba pisać, że dobrze się to dla niego nie skończy. A wracając do Robina, ma on tajemniczą traumę z dzieciństwa, dzięki której film będzie mógł zostać koncertowo spieprzony w samej końcówce. Ale o tym później.

Trochę szkoda że z Księcia Jana, brata Ryszarda, zrobiono takiego małego, nudnego dupka, zupełnie nie nadającego się na głównego antagonistę. Ale nic to, od bycia Złym jest Godfrey – łysol grający na dwa fronty i najbardziej badass poborca podatkowy, jakiego widziałem do tej pory w filmach.

Otóż. Król Ryszard ginie, Robert Loxley ginie, pierwszy podczas szturmu, drugi w zasadzce zorganizowanej przez Godfreya na zlecenie francuskiego króla. Robin (który w międzyczasie zdezerterował z kumplami) oczywiście przypadkiem trafia w okolice zasadzki, kaleczy Godfreya w pyszczek, znajduje wiezioną przez Loxleya koronę Anglii. Długa i nudna przemowa Loxleya, w której ten męczy Robina, żeby zawiózł jego miecz ojcu, jest długa i nudna, ale potem robi się ciekawie. Robin okazuje się małym oportunistą, który postanawia przebrać się w ciuszki zabitych rycerzy i pod fałszywymi nazwiskami wrócić na królewskim statku do Anglii.

Jan dziedziczy władzę i jako że jest małym, nudnym dupkiem, zaczyna robić rzeczy, które powinien robić mały, nudny dupek na tronie – chce ściągać wysokie podatki, wywala ze stanowiska jakiegoś faceta, po którym na pierwszy rzut widać, że jest Mądry, Szlachetny i Waleczny, a na jego miejsce przyjmuje dwulicowego Godfreya, którego można wysłać do zbierania wspomnianych podatków z oddziałem zbrojnych. Itd. Nevermind, to nie o nim ten film.  Film o Robinie jest, a Robin ostatecznie ugina się i postanawia spełnić prośbę umierającego długo i nudno Loxleya, zwłaszcza że napis o owcach i lwach na mieczu jakoś kojarzy mu się z traumą z dzieciństwa. (A mi kojarzy się z jednym z najdurniejszych „romantycznych” tekstów z Twilighto. Ale co tam.) Toteż udaje się facet do Nottingham, gdzie spotyka sympatyczną wdówkę, Lady Marion.

Rola Kaśki Blanchett to jeden z najfajniejszych aspektów tego filmu – Marion w jej wykonaniu jest po prostu awesome. Po części ostra babka, która, jeśli trzeba, potrafi nawet zadźgać faceta. Ale na szczęście nie jest to bojowa kobieta, co przebiera się w męskie ciuchy i pragnie zostać księciem/rycerzem (nie biorę pod uwagi końcówki filmu, która, jak już wspominałem, ssie, więc będzie o niej osobno). Nieco cieplejsza strona natury Marion ujawnia się oczywiście w obecności Robina, przy którym z początku jest mocno tsun-tsun (trzeba dodać, że Robin w wyniku zaistniałych okoliczności ma udawać jej męża – a problemy takie jak dzielenie sypialni to niełatwa sprawa dla cnotliwej panny, która jednak czuje miętę). W każdym razie główny pairing za jej sprawą staje się ciekawy i całkiem sympatyczny, ogólnie fragmenty z jej udziałem wypadają najlepiej.

W Nottingham nie dzieje się najlepiej – podatki wysokie, a po chaszczach jacyś zboczeńcy hasają. Z tymi zboczeńcami to dość głupi motyw był – otóż bodajże osierocona i nieprzystosowana do funkcjonowania w społeczeństwie młodzież zamieszkała sobie w lasach i okrada mieszkańców okolicy. Nie wiadomo po jaką cholerę, bo ich rola w filmie (poza bieganiem po chaszczach) jest praktycznie żadna.

Nie wchodząc w szczegóły, zbliżamy się już do momentu, w którym zaczyna się pieprzenie. Ojciec Robina był jakimś tam socjalistą, blablabla, wszyscy ludzie są równi, a zwłaszcza szlachcice, blablabla, karta praw, tralalala. Robin dostaje kretyńską scenę przemówienia, podczas której brakowało mi tylko wymachiwania w powietrzu Hamerykańską chorągiewką, albo hasła w stylu „YES WE CAN!”. Jakie to było DENNE. Przy okazji zrobili krzywdę fajnej postaci – przecież z początku Robina pokazano jako bardzo sensownego człowieka, który martwi się głównie o dobro swoje i ewentualnie ludzi, których lubi. Nie bęcwała organizującego wiece wyborcze.

Dalej jest gorzej – Godfrey musi pokazać, że jest taki Zuy i niedobry i w ogóle, morduje dzieci, kobiety i rencistów, a w ogóle Francuzi to szatan. Oczywiście Robin spuszcza mu manto, ale Godfrey ucieka i… i w tym momencie film mógłby się już skończyć. Aha, w międzyczasie scenarzysta przypomniał sobie o Zagubionych Chłopcach, którzy tym razem zamiast podpieprzać ludziom zboże ratują uwięzioną Blanchett, nie wiadomo z jakiej racji – widocznie się resocjalizowali na poczekaniu. Nieistotne, Godfrey uciekł, więc trza go gonić. No i Francuzi lądują na wybrzeżu, może być z tym mały problem. Chociaż co to za problem, przecież Anglicy walczą w obronie WOLNOŚCI i RÓWNOŚCI i PATRIOTYZMU, na pewno wygrają~

Końcowa bitwa z Francuzami na wybrzeżu jest troszkę… do dupy? Miałem wrażenie, że Scott koniecznie chciał ją upodobnić do lądowania w Normadii – WTF, Szeregowiec Ryan? Nawet barki mają podobne, kilka scen z ujęciami pod wodą wywołało u mnie mocne uczucie deja vu (tutaj wprawdzie zamiast pocisków mamy wpadające w wodę strzały, ale wygląda to jakoś dziwnie podobnie). Dobra, to tylko moje skojarzenia, może się mylę. Nie mylę się natomiast z pewnością, stwierdzając, że kretyńskim pomysłem było wrzucenie do finałowej bitwy… Marion przebranej za rycerza, dowodzącej oddziałem tych pieprzonych Zaginionych Chłopców. Którzy okazuję się mieć niesamowitego skilla w walce. Lol. Liczyłem w takim razie przynajmniej na jakiś epicki RAGE w wykonaniu Marion, która moim zdaniem powinna wpaść w berserk i zacząć mordować oddziały wrogów… Ale nie, tego też nie ma. O bu.

Podsumowując – film nie jest specjalnie boski, ale nie jest też zły. Gdyby mniej uwagi poświęcono bitwom i pieprzeniu o wolności i innych wartościach ważnych dla Tru Hamerykanina Anglika, a więcej czasu dostała Marion z Robinem i ewentualnie jakieś poboczne postaci, byłoby znacznie lepiej.

Plusiki:

  • Blanchett jako Lady Marion <3
  • Godfrey jest fajnym Zuym
  • W sumie bohaterowie
  • Ogólnie pierwsza połowa filmu
  • I jeszcze raz Marion

Minusiki:

  • WOLNOŚĆ, RÓWNOŚĆ, PATRIOTYZM i tym podobne pierdoły
  • Jan jest słabym złym
  • Zagubieni Chłopcy, WTF?
  • Finałowa bitwa, mogli sobie darować

Written by JJ

Maj 15, 2010 at 11:44 am

Napisane w filmy

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.