Robin
Och Crof, moje ty natchnienie. Ostatnio zupełnie zapomniałem o blogu i zamieszczaniu nowych notek, tematów ciekawych zresztą brakowało. Ale skoro już wybrałem się do kina na nowego Robina, to mogę o nim to i owo napisać.
Robin Hood to film Ridleya Scotta, reżysera Gladiatora, z Russelem, czyli tytułowym Gladiatorem, na plakatach i trailerach wyglądający trochę jak Gladiator 1.5. Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś słabego. Ale pierwsza połowa jest naprawdę niezła.
Sceny bitewne na początku nie rażą przegiętym efekciarstwem – jest realistycznie, czyli dużo błota, brudu i smrodu, zero epickich akcji typu bohater vs. cała armia. W końcówce to się zmieni, ale o tym na razie sza. Poznajemy Robina – gość jest prostym, acz znającym się na swojej robocie łucznikiem, strzelającym do ludków na murach zamków szturmowanych przez Ryszarda Lwie Serce. Tak na marginesie, Rysiu to poczciwy i w sumie niezbyt królewski pan, który lubi popisać się walecznością podczas szturmu. Nie trzeba chyba pisać, że dobrze się to dla niego nie skończy. A wracając do Robina, ma on tajemniczą traumę z dzieciństwa, dzięki której film będzie mógł zostać koncertowo spieprzony w samej końcówce. Ale o tym później.
Trochę szkoda że z Księcia Jana, brata Ryszarda, zrobiono takiego małego, nudnego dupka, zupełnie nie nadającego się na głównego antagonistę. Ale nic to, od bycia Złym jest Godfrey – łysol grający na dwa fronty i najbardziej badass poborca podatkowy, jakiego widziałem do tej pory w filmach.
Otóż. Król Ryszard ginie, Robert Loxley ginie, pierwszy podczas szturmu, drugi w zasadzce zorganizowanej przez Godfreya na zlecenie francuskiego króla. Robin (który w międzyczasie zdezerterował z kumplami) oczywiście przypadkiem trafia w okolice zasadzki, kaleczy Godfreya w pyszczek, znajduje wiezioną przez Loxleya koronę Anglii. Długa i nudna przemowa Loxleya, w której ten męczy Robina, żeby zawiózł jego miecz ojcu, jest długa i nudna, ale potem robi się ciekawie. Robin okazuje się małym oportunistą, który postanawia przebrać się w ciuszki zabitych rycerzy i pod fałszywymi nazwiskami wrócić na królewskim statku do Anglii.
Jan dziedziczy władzę i jako że jest małym, nudnym dupkiem, zaczyna robić rzeczy, które powinien robić mały, nudny dupek na tronie – chce ściągać wysokie podatki, wywala ze stanowiska jakiegoś faceta, po którym na pierwszy rzut widać, że jest Mądry, Szlachetny i Waleczny, a na jego miejsce przyjmuje dwulicowego Godfreya, którego można wysłać do zbierania wspomnianych podatków z oddziałem zbrojnych. Itd. Nevermind, to nie o nim ten film. Film o Robinie jest, a Robin ostatecznie ugina się i postanawia spełnić prośbę umierającego długo i nudno Loxleya, zwłaszcza że napis o owcach i lwach na mieczu jakoś kojarzy mu się z traumą z dzieciństwa. (A mi kojarzy się z jednym z najdurniejszych “romantycznych” tekstów z Twilighto. Ale co tam.) Toteż udaje się facet do Nottingham, gdzie spotyka sympatyczną wdówkę, Lady Marion.
Rola Kaśki Blanchett to jeden z najfajniejszych aspektów tego filmu – Marion w jej wykonaniu jest po prostu awesome. Po części ostra babka, która, jeśli trzeba, potrafi nawet zadźgać faceta. Ale na szczęście nie jest to bojowa kobieta, co przebiera się w męskie ciuchy i pragnie zostać księciem/rycerzem (nie biorę pod uwagi końcówki filmu, która, jak już wspominałem, ssie, więc będzie o niej osobno). Nieco cieplejsza strona natury Marion ujawnia się oczywiście w obecności Robina, przy którym z początku jest mocno tsun-tsun (trzeba dodać, że Robin w wyniku zaistniałych okoliczności ma udawać jej męża – a problemy takie jak dzielenie sypialni to niełatwa sprawa dla cnotliwej panny, która jednak czuje miętę). W każdym razie główny pairing za jej sprawą staje się ciekawy i całkiem sympatyczny, ogólnie fragmenty z jej udziałem wypadają najlepiej.
W Nottingham nie dzieje się najlepiej – podatki wysokie, a po chaszczach jacyś zboczeńcy hasają. Z tymi zboczeńcami to dość głupi motyw był – otóż bodajże osierocona i nieprzystosowana do funkcjonowania w społeczeństwie młodzież zamieszkała sobie w lasach i okrada mieszkańców okolicy. Nie wiadomo po jaką cholerę, bo ich rola w filmie (poza bieganiem po chaszczach) jest praktycznie żadna.
Nie wchodząc w szczegóły, zbliżamy się już do momentu, w którym zaczyna się pieprzenie. Ojciec Robina był jakimś tam socjalistą, blablabla, wszyscy ludzie są równi, a zwłaszcza szlachcice, blablabla, karta praw, tralalala. Robin dostaje kretyńską scenę przemówienia, podczas której brakowało mi tylko wymachiwania w powietrzu Hamerykańską chorągiewką, albo hasła w stylu “YES WE CAN!”. Jakie to było DENNE. Przy okazji zrobili krzywdę fajnej postaci – przecież z początku Robina pokazano jako bardzo sensownego człowieka, który martwi się głównie o dobro swoje i ewentualnie ludzi, których lubi. Nie bęcwała organizującego wiece wyborcze.
Dalej jest gorzej – Godfrey musi pokazać, że jest taki Zuy i niedobry i w ogóle, morduje dzieci, kobiety i rencistów, a w ogóle Francuzi to szatan. Oczywiście Robin spuszcza mu manto, ale Godfrey ucieka i… i w tym momencie film mógłby się już skończyć. Aha, w międzyczasie scenarzysta przypomniał sobie o Zagubionych Chłopcach, którzy tym razem zamiast podpieprzać ludziom zboże ratują uwięzioną Blanchett, nie wiadomo z jakiej racji – widocznie się resocjalizowali na poczekaniu. Nieistotne, Godfrey uciekł, więc trza go gonić. No i Francuzi lądują na wybrzeżu, może być z tym mały problem. Chociaż co to za problem, przecież Anglicy walczą w obronie WOLNOŚCI i RÓWNOŚCI i PATRIOTYZMU, na pewno wygrają~
Końcowa bitwa z Francuzami na wybrzeżu jest troszkę… do dupy? Miałem wrażenie, że Scott koniecznie chciał ją upodobnić do lądowania w Normadii – WTF, Szeregowiec Ryan? Nawet barki mają podobne, kilka scen z ujęciami pod wodą wywołało u mnie mocne uczucie deja vu (tutaj wprawdzie zamiast pocisków mamy wpadające w wodę strzały, ale wygląda to jakoś dziwnie podobnie). Dobra, to tylko moje skojarzenia, może się mylę. Nie mylę się natomiast z pewnością, stwierdzając, że kretyńskim pomysłem było wrzucenie do finałowej bitwy… Marion przebranej za rycerza, dowodzącej oddziałem tych pieprzonych Zaginionych Chłopców. Którzy okazuję się mieć niesamowitego skilla w walce. Lol. Liczyłem w takim razie przynajmniej na jakiś epicki RAGE w wykonaniu Marion, która moim zdaniem powinna wpaść w berserk i zacząć mordować oddziały wrogów… Ale nie, tego też nie ma. O bu.
Podsumowując – film nie jest specjalnie boski, ale nie jest też zły. Gdyby mniej uwagi poświęcono bitwom i pieprzeniu o wolności i innych wartościach ważnych dla Tru Hamerykanina Anglika, a więcej czasu dostała Marion z Robinem i ewentualnie jakieś poboczne postaci, byłoby znacznie lepiej.
Plusiki:
- Blanchett jako Lady Marion <3
- Godfrey jest fajnym Zuym
- W sumie bohaterowie
- Ogólnie pierwsza połowa filmu
- I jeszcze raz Marion
Minusiki:
- WOLNOŚĆ, RÓWNOŚĆ, PATRIOTYZM i tym podobne pierdoły
- Jan jest słabym złym
- Zagubieni Chłopcy, WTF?
- Finałowa bitwa, mogli sobie darować